• Sielsko

    Wieś jest domem

    z którego pochodzi każdy z nas, jeśli nie osobiście to przez swych przodków

  • Anielsko

    Pod gołym niebem

    łatwiej dostrzec wielkość świata, jego skomplikowaną i doskonałą naturę

  • Tajemniczo

    Nie wszystko jest takim jak się wydaje

    Czasem warto spojrzeć na miejsca i ludzi z innej perspektywy.

  • Sentymentalnie

    Czar starych murów

    Podróże do zamków, miejsc historycznych, wszelkich pamiątek przeszłości

  • Przytulnie

    Zwierzęta towarzyskie

    to odwieczny element ludzkiego istnienia we wszechświecie

  • Refleksyjnie

    Zamyślenia

    sprzyjają poznaniu samego siebie

Pożegnanie


Czasem ktoś znika. Zapada milczenie. Niespokojne myśli, czy coś się stało? Tego nie lubiłam w blogach. Dlatego... sama chcę powiedzieć do widzenia. Przyszedł czas na to miejsce. 

Nie żegnam się zupełnie,  z niektórymi spotkam się na kawie lub przy ognisku, z innymi zostanę w komentarzach. Może jeszcze kiedyś coś napiszę. Może tu, może w nowym miejscu.
Jeśli zniknie ten adres, będzie pewnie działał stary na marszewskiej lub kopia na bezetce.

Dziękuję za towarzystwo i wszystkie dobre słowa przez ostatnie sześć lat, tak tutaj, jak wcześniej na Dziecku w plecaku. Dla wielu to wciąż niezrozumiałe, że przez internet można również stworzyć takie więzi, zaprzyjaźnić się, a nawet przenieść to do świata realnego. Można. Z drugiej strony monitora są prawdziwi ludzie :) Prawda?

Trzymajcie się!




Czytaj więcej

Małe radości

Ostatnio lubię tak zwane przypadki. 
Oczywiście nie te, gdy przypadkiem wjeżdża się w śruby i znów mamy koło do wulkanizacji. Ale takie proste, jak pójście do biblioteki po stosik lektury na kolejny tydzień i załapanie się na warsztaty fotograficzne. Albo zapisanie małolata na angielski w GOKu, gdzie się okazuje, że i dla dorosłych są bezpłatne zajęcia tuż przed. I są miejsca!
Nie wszyscy mają dostęp do "fejsbuka" i śledzą Babowy profil, więc pochwalę się i tu. Albo przede wszystkim tu.

Po warsztatach foto, urządzono w bibliotece wystawę, otwartą przez panią wójt i panią dyrektor biblioteki. Tematem była oczywiście promocja gminy - przyjemne z pożytecznym - ale wcale nie łatwo znaleźć coś, co się nie powtarzało u innych, wszak mamy kilka dość charakterystycznych miejsc, ulubionych przez wielu "pstrykających". Z moich można się niżej dopatrzyć dwóch fotek wiatraka i altanek z pałacu i spod starych domów, z kutymi zdobieniami i witrażami.

Ciasteczka zjedzono, kawę wypito, lecz zdjęcia jeszcze wiszą. Jest to jakaś satysfakcja, taka pierwsza wystawa :)

 



Kolejny malutki powód do satysfakcji, to coś, na co zapracowaliście przede wszystkim Wy, swoimi głosami. Czwarte miejsce w rankingu czytelników w konkursie Blog of Gdańsk. 


Wygrał blog o modzie studenckiej, za nim był blog o wycieczkach, a potem jeden z blogów Radia Gdańsk, prowadzony przez byłego pilota.
Dziękuję. Za każdy głos z osobna.




Czytaj więcej

Przydrożne Maryjki

- I po co ci to? - padają pytania. Znajome pytania. 

Pan Krzysztof stawia kapliczki. Takie przydrożne. Odpowiedź może da w swoim albumie. A na razie między żartem, a nie żartem... Bo chciałby być lepszy od swego przodka, co w 1905 roku postawił pod Kazimierzem kaplicę. Dużą. A pan Krzysztof za to dużo. Bo przy święceniu można uzyskać odpust zupełny, a tego nigdy za wiele. Bo każda kapliczka to z 10 dziewczyn z przeszłości, a może i na zaś. A tam czasem sporo ludzi się modli pod nimi... Warto?

A może po prostu zostanie jakiś ślad.
Czy trzeba być żarliwym katolikiem, by postawić kapliczkę?

Kapliczki mają swą wagę. Tak jak w Steblewie, diabłów po rozstajach nie brakuje. A nawet i ówdzie, gdzie droga prosta - tam licho zwykle siada na grzbietach koni mechanicznych i kole ostrogą w tyłki kierowców. Szybciej, szybciej. Łup.
Czy boska moc działa, czy tylko świadomość kierowców, ze skoro coś stoi, to tu wypadki, a skoro wypadki, uważać, może zwolnić trzeba...?

Najstarsza kapliczka stoi pod strzechą na sosnowym pniu w Otominie. Przed nią głaz, na którym przycupnąć można i grzejąc w słońcu plecy, równie ciepłe myśli skierować ku niebu i ludziom.



W Kleszczewie podmurowana, pan Krzysztof określa ją grzybkiem. Ale tak chcieli. A wygląd pozostaje w gestii lokalnych społeczności. Sztuczne kwiatki i światełka też. Ludzie zdobią jak potrafią. Bo w końcu, czy kwiatki ważne?




Ta w Reksinie w ramach zwiększania mocy dostała z czasem towarzystwo. Nigdy za wiele wsparcia. 



Na Wyspie Sobieszewskiej wiślanego szlaku pilnuje latarnia morska. Ale może nie tyle rybaków, co tych, którzy po przeprawie promowej przesiadają się na samochody. Bo do rzeki stoi tyłem...

Napis palcem malowany...


A najwięcej do roboty ma chyba figurka na lipie w Krępcu. Nie dość, że Południowa Obwodnica Gdańska, skrzyżowania lokalnych dróg i dróżek, to i styk trzech szlaków wodnych - łączą się tu Radunia, Czarna Łacha i Motława... To dopiero pole popisu dla diablików!




Czy zawsze łatwo odpowiedzieć po co się coś robi? Po co ja wstawiam posty na ten blog? Kiedyś wiedziałam.

A teraz ciiii, bo jestem krewna 5 zł za ten wpis ;)


Czytaj więcej

Zapomniane sposoby - o myciu bez wody

Spłukując z siebie przejawy grypy w niezbyt ciepłej łazience, wspomniałam... eksperyment drożdżowy.

Nigdy nie wiadomo co się komu może przydać... W jednym z podręczników z czasów studium medycznego znalazłam przepis mycia głowy na sucho obłożnie chorym. Podeszłam do tego wtedy klasycznie, "no ej, nie te czasy, od tego są odpowiednie sprzęty i ciepła woda, by z niej korzystać". Zwłaszcza, że do czynienia miałam wówczas z dziećmi, które do mycia łatwo przenosić. 

Mała dygresja. Pielęgnacji dzieci uczono nas na lalkach, takich naturalnej wielkości, co bardzo bawiło nasze otoczenie. Nas zresztą również. Niektóre lalki miały ruchome powieki - ach, marzenie dzieciństwa! I przemywało się te oczka, od zewnętrznego kącika, jedno oczko, jeden wacik, jedno uszko, jeden wacik, czółko, wacik, bródka, wacik, szyjka, wacik, pępuszek... Przedtem należało określić, czy lala jest chłopcem, czy dziewczynką, bo to decydowało o kierunku mycia części "dolnych". Z czasem okazało się, że wyćwiczenie czynności na "martwej naturze" zdecydowanie ułatwiało późniejszą praktykę, a i pewną obsługę przyszłych dzieci "osobistych". Żadna z nas nie stawała przed wanienką z tekstem - ty to zrób, ja się boję.

Ale że pomieszkiwałam wtedy nadal w miejscu, gdzie aby mieć ciepłą wodę, trzeba było ją zagrzać w czajniku, mieszać w odpowiedniej proporcji z zimną, a potem po omacku lawirować szamponem, garnuszkiem do spłukiwania i ręcznikiem, by nie pozalewać połowy pomieszczenia... któregoś wieczoru coś mi zaskoczyło. Klapka. A może klepka. Wypróbuję! Złapałam kostkę drożdży spożywczych i wsmarowałam we włosy. Same drożdże są przyjemne w rozgniataniu :)) Gładkie, łatwo się kruszą i wmasowują. Potem spojrzałam w lusterko. Nie. To pomińmy. 

Po dokładnym wmasowaniu drożdży we włosy, należy wszystko dokładnie wyczesać gęstą szczotką. Hmm. Zaczęłam grzebieniem. Szczotką do włosów. Szczotką do ubrań. Drożdże naprawdę łatwo się kruszą. Bardzo łatwo. Wreszcie przestałam być siwa, odzyskałam swój naturalny kolor włosów i - ku własnemu zdziwieniu - świeżość. 
To rzeczywiście zadziałało. 
Przez jakiś czas unosił się lekko drożdżowy zapach, wkrótce wywietrzał. Cała operacja trwała niemal z godzinę, choć wydawała mi się kilkoma dniami w szale tego wyczesywania. Nieprędko znów spróbuję na długich włosach, ale w razie potrzeby już będę wiedziała co robić, tego byłam pewna. Większość dzieci i osób starszych ma przyjaźniejsze dla tej operacji czupryny...




Czytaj więcej

Smak na ziemniaka

Coś z kartofla dziś na obiad. Największa ochota na pyzy, z boczuniem i cebulką... Tylko cebulka akurat była wyszła, a i ziemniaków ciut przymało...
Placki? Placki. Takie po marszewsku.

W Marszewie placki od wczesnego dzieciństwa robiłam. Tata mnie nauczył i miał spokój ze śniadaniami, a i często kolacjami. Mawiał, że kanapki to sam sobie może zrobić. 

Na okrętkę placki z jabłkami, naleśniki (koniecznie przysmażane po zawinięciu twarogu, a zawijane w gołąbka), gofry. Z goframi było gorzej. Z gofrownicy tłuszcz kapał bokami na kuchenkę, żeby nie flaczały, to trzeba było je wieszać na gwoździach, na których zwykle te wszystkie łopatki i chochelki wisiały nad kuchenką, no i szybciej się je jadło, niż robiło. Gofry, nie chochelki.

Na szczęście dzieci placki też mogą na okrągło - mnie pasowało tak dzień w dzień! Rzadziej i na specjalne życzenie (a czasem i po dłuższych negocjacjach) były placki kartoflane. Bo nie lubiłam. Błech! Kartoflane były obrzydliwe. Ale czasem chciało się zrobić tacie przyjemność. Robiłam wtedy mało ciasta, tak na dwie patelnie, bo tata więcej nie jadał, a sama ledwie przegryzałam.

Któregoś razu - wczytywał się w książeczki Ojca Grande, Przepisy na zdrowe życie, czy coś takiego - zlecił mi przepis na placki kartoflane bez mąki. No, ale jak to bez mąki, toż to się kupy nie trzyma i pryska na pół kuchni! Powoli doszłam jak odcedzać przez ścierkę lub sitko i że ta pozostała w misce skrobia pomaga jeszcze zagęścić masę. Jak dobrze odcisnęłam, to jeszcze podwójne jajko bywało potrzebne, dla lepszego wyrobienia!

O, raz, drugi podskubałam... Chrupkie, przyjemnie trzaskające w zębach, nie ma tej glutowatej konsystencji. Zasmakowałam!

I dziś takie właśnie zaserwowałam chłopakom. Też smakowały. I z cukrem, i z keczupem, i bez niczego. 
Ot, starość się zbliża, za kartoflanymi tęsknić... ;)

p.s. a najlepsze placki były zaraz po wykopkach! Gdy jeszcze nieco plecy bolały i ręce spierzchnięte od ziemi, ale na polu już czyściutko i spokój... Ummm. Bynajmniej wcale nie było wtedy traktora, konik zasuwał, a co! A jak kiedyś wjechała prawdziwa kopaczka po sąsiedzku, dwa razy obróciła i wszystkie ziemniaki na wierzchu, to jak czary było!






Czytaj więcej

Czasem jest pod górkę

Z góry są ponoć najlepsze widoki...


...żeby jeszcze nie bolały nogi...



Czytaj więcej

Dzieci przedmieścia, cz.2 - blokowiska

Po kamienicach i domkach Sandomierskiej, dziś blokowiska ulicy Żuławskiej, czyli ciąg dalszy Oruni z lat 80-tych. Opowiada Rysiek.

Krzyki pod oknem
- Większość czasu spędzaliśmy na boisku szkolnym na „Siódemce”, bądź też na ławce przed blokiem. Boisko jest poza zasięgiem oczu rodziców i sąsiadów, więc tam było bezpiecznie.
Boisko i park. Wtedy nie mieliśmy telefonów komórkowych, nie mieliśmy SMSów, więc wiadomo było, że trzeba iść tam, żeby kogoś spotkać. Więc stało się pod oknami i krzyczało – wyjdzie Jarek?! 
Jak padały deszcze to siedzieliśmy na klatkach, ale też pod klatką schodową, pod daszkiem. Zachowywaliśmy się dość głośno, jak to dzieciaki, więc sąsiedzi nas przeganiali. Też nam się zdarzało smarować po murach, więc to też przeszkadzało. I takie było życie na blokowisku.



Czytaj więcej

Dzieci przedmieścia cz.1

Gdańsk Orunia z lat 80-tych ubiegłego wieku, gdy życie toczyło się na podwórkach i klatkach schodowych, wokół sznurków z praniem i trzepaków, gdy był jeden telefon na kilka ulic, a dzieci nie bały się mafioza – wspomnienia mieszkańców Sandomierskiej i Żuławskiej. Dziś część pierwsza - kamienice i domki jednorodzinne.
//Długie, kto nie ma czasu, nie czyta//

Na taborecie przy parapecie.
- U nas nawet domków jednorodzinnych nie trzeba było. Z jednej strony mieliśmy wejście do klatki, no i główna ulica, a z drugiej podwórko. Jakieś dziesięć metrów i były komórki. I my naprawdę żeśmy tam biesiadowali - spotykam się z wychowankami ulicy Sandomierskiej.

- W piżamach, nie w piżamach... my mieszkaliśmy na parterze, więc to u nas kawa zawsze jechała, bo najłatwiej. Te partery były takie niskie, więc moja mama w oknie, a z drugiej strony na ławkach sąsiadki. I było kawkowanie. I tak się zaczynało dzień. A wieczorem było radio wystawiane, jakiś jamnik na okno... I grill.



Czytaj więcej

Nie dowierzaj... ochroniarzom


- Przepraszam, czynne?
- Tak.
- A czemu tam jest ciemno? - wskazuję na salę za przeszklonymi drzwiami.
- Tam na górę trzeba iść..
.
No dobrze... Wybrałam się ze znajomym zapalonym fotografem na wystawę Na krawędzi światła. Fotografie Adama Welbera w tczewskiej Fabryce Sztuk. Wystawy czasowe zazwyczaj organizowano tam na parterze, a na piętrze jest stała ekspozycja dotycząca życia mieszkańców w dawnym Tczewie. Ale skoro na górę, to na górę, może coś zmienili.
Nie zmienili. Fotografii ani widu, ani słychu. Wracamy na dół, do kanciapki ochrony i dopytujemy. Ta wystawa to krótko była, ze trzy dni chyba. No tak, Internet kłamie.



Czytaj więcej

Pan i Samochodzik rocznik 51

- A co tam jest? - wykazałam się wścibstwem wchodząc na podwórko przy ulicy Gościnnej 3. Stał tam bowiem wyglądający znajomo kształt, przykryty niebieską plandeką. Znajomo... tak samochodowo.
- Pokazać? Tak przy wszystkich? - nie omieszkał zażartować ze mnie pan Krzysztof.

Trafiliśmy tam na koniec spaceru Śladami gdańskiej Polonii po uliczkach Oruni. To dzielnica Gdańska, która od lat cieszy się niedobrą sławą, niepotwierdzalną już jednak statystykami policyjnymi. Dzielnica będąca bramą wjazdową Gdańska, a mało reprezentacyjna na pierwszy rzut oka, jakby zapomniana przez jego włodarzy. Za to mieszkańcy sami budują swą tożsamość i stąd liczne spacery z przewodnikami, historykami, pasjonatami.

Pan Krzysztof też jest jednym z nich, ale tym razem nie o historii miejsc i ludzi chcę opowiedzieć, a o tym co zobaczyłam pod niebieską plandeką. Bo w końcu zobaczyłam.

Poczęstowawszy nas filiżanką kawy, pan Krzysztof zdjął pokrowiec, a spod niego wychynął czarny, nieco zakurzony, lecz nadal lśniący we wrześniowym słońcu... No owszem - samochód. Małe okrągłe lusterka na przednich nadkolach, skórzane dwuosobowe siedzenie, drzwiczki otwierane do przodu, znaczek z flagą brytyjską z boku. Tak, to Brytyjczyk w pełnej krasie, acz kierownicę posiada po "naszej", lewej stronie.




Czytaj więcej